Kodeks Piracki

              Wszelkie prawa regulujące życie piratów oraz ich wewnętrzne ustalenia zawarte były w pirackich kodeksach i umowach. Początku ich istnienia można szukać w XVI wieku, kiedy rozkwitło korsarstwo skierowane przeciwko Hiszpanom. Ludzi na korsarskie statki rekrutowano w prosty sposób. Do słupów na nabrzeżu przybijano ogłoszenia o zaciągu i choć większość marynarzy była niepiśmienna, korsarscy kapitanowie nigdy nie narzekali na brak chętnych. Ponieważ często zdarzały się oszustwa w wypłacaniu należnego pryzowego, z czasem pojawił się zwyczaj zawierania i spisywania umów. Kontynuowali go bukanierzy i na pirackich statkach przetrwał aż do lat trzydziestych XVIII wieku. Biorąc więc pod uwagę genezę tych umów, nie dziwi nas iż regulowały przede wszystkim kwestie podziału łupu.
Umowy korsarskie były dużo bardziej szczegółowe niż pirackie, brały bowiem pod uwagę wiele kwestii, którymi piraci nie musieli się przejmować. Porównałem umowę spisaną przez kapitana Reyndersa w Zelandii w 1707 roku i umowę zawartą pomiędzy Thomasem Tewem, a jego załogą na Bermudach w roku 1694. Większość obydwu umów zajmuje wyraźne określenie zasad podziału łupu między załogę oraz oficerów i wchodzących w wypadku korsarzy w grę właścicieli statku. U Tewa mamy zapis o wypłacie pewnej sumy pieniędzy nawet w wypadku niepowodzenia wyprawy (rzadkość). Tew otrzymuje tylko 2,5 udziału. Oficerowie odpowiednio mniej, a doktor jeden udział oraz opłatę za swą skrzynię z instrumentami (to znaczy pieniądze na jej odpowiednie wyposażenie). Przewidziano także nagrody dla tego, kto jako pierwszy spostrzeże pryz. Pojawiają się groźby kar: za gwałty, pijaństwo i tchórzostwo w obliczu wroga oraz ukrywanie przed kompanami części łupu. Umowy dotyczą zatem głównie zasad podziału zdobyczy i utrzymania dyscypliny. Podobnie rzecz się ma w przypadku umowy pochodzącej z roku 1726, do podpisania której zmuszono George'a Shelvocke'a. Zbuntowana załoga wymusiła na kapitanie zmianę korsarskiej umowy obowiązującej poprzednio. Shelvocke'owi przyznano dodatkowe 5% łupu do jego udziału, za to, że bez oporów zgodził się na nową umowę. Także tu pojawiła się nagroda dla pierwszego, który wypatrzy pryz. Głównie jednak marynarzom chodziło o ich uczciwy podział i zrównanie udziałów, stąd Shelvocke określił swoich ludzi mianem llleversów. Zachęceni tym ustępstwem, usiłowali jeszcze kilkakrotnie wymusić kolejne, oraz wprowadzenie zasady głosowania większością, jak u piratów . Chcieli również przeprowadzić wybory kapitana. Shelvocke'owi udało się jednak opanować sytuację. Zazwyczaj jednak jedną z pierwszych rzeczy, którą robiono po udanym buncie było spisanie pirackiej umowy.

              Wśród bukanierów kodeks funkcjonował jako spisywana karta (stąd znane w literaturze francuskie charte-partie). Zwyczaj umów przetrwał aż do złotej ery, by z czasem stać się spisaniem zasad przyjętych na danym okręcie. Nie zgodziłbym się jednak ze stwierdzeniem, iż umowy te stały się wówczas tajne . Funkcjonowały wśród piratów jawnie i były spisaniem ich praw.
Ślady istnienia bukanierskich umów pojawiają się we wszystkich relacjach, najdokładniej jednak opisuje je Esquemeling. Umowa zostaje spisana i zawarta w trakcie rady. Zobowiązują się jej przestrzegać wszyscy, podpisuje zazwyczaj jedynie kapitan. Obowiązuje zasada: nie ma łupu, nie ma płacy. Ustala się ile z funduszu, powstałego ze wspólnej zdobyczy trzeba będzie odjąć jako wynagrodzenia dla właściciela statku (najczęściej jest nim kapitan) i dla cieśli, który będzie o niego dbał. Odejmuje się również pieniądze na żywność, wynagrodzenie dla chirurga za jego skrzynię z lekarstwami i wyznacza wysokość odszkodowania dla rannych. Za utratę prawej ręki przyznają 600 pesos lub 6 niewolników; za utratę lewej ręki 500 pesos lub 5 niewolników; za prawą nogę 500 pesos lub 5 niewolników; za lewą nogę 400 pesos lub 4 niewolników; za jedno oko 100 pesos lub 1 niewolnika, za palec u ręki taką samą zapłatę jak za oko. Pozostały łup piraci dzielą między siebie. Kapitan otrzymuje 5-6 udziałów, kwatermistrz 2, a inni oficerowie zależnie od swych stanowisk. Zwykły marynarz 1, zaś chłopiec okrętowy pół. Pomiędzy sobą piraci utrzymują dobrą dyscyplinę, zobowiązując się uroczystą przysięgą, że nie usuną, nie ukryją i nie przywłaszczą sobie dla swego użytku najmniejszej rzeczy należącej do zdobyczy, którą potem dzielą w sposób wyżej opisany. Jeśli okaże się, że któryś z nich złamał tę przysięgę, natychmiast wypędzają go od siebie. We wzajemnych stosunkach są życzliwi i miłosierni do tego stopnia, że jeśli jeden zapragnie czegoś, co posiada drugi, ten chętnie mu to zaraz daje. Podczas większych wypraw, jak choćby na Panamę wyższe są stawki za utratę części ciała i nagrody za męstwo. Piraci w ten sposób zyskują dodatkową motywację.

              W kodeksach widzimy sporo reguł, które pojawiają się także na statkach korsarskich. Część z nich dyktuje pirackie życie. Identyczne punkty pojawiają się na statkach piratów złotej ery: Bartholomew Robertsa, Johna Phillipsa i George'a Lowthera. Ukrywający łup bądź okradający kompanię zostanie ukarany, najczęściej zabity bądź marunowany - z jedną beczułką prochu, wody, pistoletem i jedną kulą. U Phillipsa pojawia się kara za mniejsze przewinienia w postaci chłosty - 40 uderzeń na nagie plecy. Mamy także odszkodowania za utratę członków, choć nie tak szczegółowe jak u Esquemelinga. Ciekawostką są punkty identyczne z istniejącymi na statkach korsarskich, w których widać próbę samodyscyplinowania się piratów. Zakazuje się picia alkoholu na pokładzie, gry hazardowej, a u Robertsa wprowadzania na statek kobiet i chłopców. Wszystkie powyższe ograniczenia były przyczyną częstych awantur, których starano się uniknąć. Umowa Robertsa reguluje załatwianie sporów w postaci pojedynków. We wszystkich umowach pojawia się nakaz trzymania broni w pogotowiu. Czasem ten, który dostrzeże pryz jako pierwszy, otrzyma nagrodę. Udział kapitana stał się wyraźnie dużo mniejszy, teraz wraz z kwatermistrzem otrzymują oni podwójną stawkę. Pojawia się zakaz zapalania świateł po zmroku i fajek, co wiąże się z obawą by nie zaprószyć ognia na pokładzie. Mało znany jeszcze w XVII wieku zwyczaj palenia zdążył się już rozpowszechnić.

              Pokusiłem się o próbę skompilowania umów i stworzenia uniwersalnej. Zasady przedstawione poniżej powtarzają się najczęściej. To właśnie ich przestrzegać zobowiązywały się załogi pirackich statków po roku 1680:

1. Każdy będzie słuchał rozkazów.
2. Kapitan będzie miał 2 udziały, kwatermistrz 1.5, pozostali oficerowie mniejsze.
3. Zdobyty łup należy przekazać kwatermistrzowi, celem wspólnego podziału. Kto ukryje łupy, stchórzy podczas walki bądź spróbuje uciec z kompanii zostanie marunowany, bądź ukarany śmiercią.
4. Za utratę członków zostanie wypłacona rekompensata proporcjonalna do wartości utraconej kończyny.
5. Każdy winien trzymać broń wyczyszczoną i gotową do użycia.

              Powyższe zasady sygnalizują nam problemy istniejące na pirackich statkach. Piraci mieli kłopoty z dyscypliną, stąd powtarzające się postulaty by trzymać broń przygotowaną, na wypadek dostrzeżenia łupu, a podczas walki słuchać rozkazów. Punkt 3 powtarza się przez cały okres 1630-1730; zawłaszczanie łupu było bardzo częste nie tylko na statkach korsarskich, ale również wśród piratów, jak w przypadku Avery'ego i Morgana. Pijaństwo uniemożliwiało walkę, a hazard skłócał załogę, dlatego w niektórych załogach mamy punkty ich zabraniające. Reszta zależała już od załogi która spisywała daną umowę. Mogła ona wzorem załogi Phillipsa wprowadzić karę chłosty. Najbardziej oryginalnym z piratów był Roberts, który starał się uregulować całkowicie życie swej załogi, przewidując kary za wszelkie zachowania mogące zaszkodzić dyscyplinie. Spotykamy także wzmiankę iż chirurdzy w jego załodze nie musieli podpisywać umów. Jak było w innych, nie wiemy.
               Dostrzec można zmianę wynikającą ze zmiany sposobu życia wśród piratów. W złotej erze nie występowały zasady będące w czasach Esquemelinga prawem bukanierów. Nie ma już mowy o wzajemnych serdecznych stosunkach i parach towarzyszy dających sobie potrzebne rzeczy. Zmianie uległ także stosunek do kapitana. W czasach bukanierów przybywał on z własnym statkiem i jako jeden z niewielu był marynarzem znającym się na morzu. Stąd też był ceniony, a jego udział oceniano na kilkakrotnie wyższy od pozostałych. Z biegiem czasu zdegradowano go do dwukrotnego. To pokazuje nam ile funkcja kapitana straciła w oczach piratów, z których marynarzami byli teraz prawie wszyscy, zaś stanowisko to kojarzyło im się jak najgorzej.
Zauważamy także, że piraci okładali się czasem nawet bardzo drakońskimi prawami, które miały zapobiec częstym wśród nich zjawiskom, przeszkadzającym w zdobywaniu łupu, czy też uczciwym podziale. Paradoksalnym jest, iż ludzie działający poza prawem, sami nakładali na siebie ograniczenia, przed którymi uciekli. Mamy zatem do czynienia ze swoistego rodzaju demokracją, gdzie wybiera się przywódców, ustanawia i zaprzysięga konstytucje, których zobowiązuje się przestrzegać.

              Swoim ofiarom piraci jawili się jako niekarne bandy. Często zajmowali się łupieniem, zapominając o wykonywaniu rozkazów. Zdarzały się jednak i załogi, jak ta w której płynął Raveneau de Lussan, gdzie porzucono szukanie zdobyczy, aby nie narażać się na atak i nie rozpraszać sił . Mimo to, piraci jednak nie lubili zbytnio słuchać rozkazów. Dampier zanotował, iż nie sądzi by udało im się przepłynąć Cieśninę Magellana, gdzie aby skutecznie manewrować trzeba szybko wykonywać rozkazy, zaś tę załogę stanowili niezdyscyplinowani korsarze. A i tak wydawali mu się dużo bardziej zdyscyplinowani, niż inne załogi. Załogom zdarzało się dyskutować nad otrzymanymi rozkazami, pomimo zastrzeżeń w zwartych umowach. John Phillips musiał mieć bardzo silną pozycję, kiedy zabił cieślę który odmówił abordażu. Artykuł nakazujący słuchania rozkazów pozostawał więc często martwy w toku walki. Rzadko zdarzały się załogi tak zdyscyplinowane jak ta, której członkiem był Raveneau de Lussan. Dbano w niej o rannych, nie porzucając ich w dżungli gdy nie mogli iść dalej, jak uczyniła to inna wyprawa z Waferem. W grupie de Lussana realizowano również inny, bardzo ważny artykuł: Następnego dnia naszym lekarzom nakazano zdać raport, którzy z naszych ludzi byli trwale ranni, tak by mogli dostać rekompensatę (...) Daliśmy pozostałym 600 pesos każdemu i po 1000 kalekom, zgodnie z lokalnym zwyczajem praktykowanym na Morzu Południowym.

              Najwięcej jednak kontrowersji wzbudzała wśród piratów kwestia podziału łupu. Przebiegał on burzliwie, nawet w grupie de Lussana. Zdobyte w jednym z miast sztaby złota, kamienie i perły miały różną wartość, tak że nie dało ich się rozdzielić sprawiedliwie. Upadł pomysł loterii, w końcu piraci zdecydowali się na przeprowadzenie aukcji. Jeśli łupem były tylko pieniądze, podział był dużo łatwiejszy: Podzieliliśmy łup między nami, z czego na każdego przypadło około 40 funtów, oprócz udziałów oficerów, właścicieli statków, chirurgów; tych którzy stracili jakieś członki, bądź zostali zabici, a wszystko to zgodnie z obowiązującymi wśród bukanierów prawami (...) Ci, którzy pilnowali statków (podczas ataku na miasto - P.K.) również dostali udział taki, jak ci, którzy byli na brzegu. Przed podziałem należało złożyć wszystkie łupy w jedno miejsce. Często przysięgano, iż nie zatrzymano żadnej części zdobyczy. Krzywoprzysięstwa musiały się zdarzać, bowiem Morgan rozkazał aby wszystkich piratów przed podziałem zrewidowano, a aby uspokoić kompanów sam pierwszy poddał się rewizji. Przeszukano wówczas po jednym piracie z każdej kompanii. Często jednak, jak widzieliśmy to na przykładzie załogi Sharpa, część piratów była bogata, podczas gdy pozostali nie mieli nic. Winny temu był hazard, wskutek którego część piratów traciła pieniądze. Podczas powrotu wyprawy de Lussana lądem przez Darien, co bardziej obładowani łupami wynajęli jako tragarzy pozostałych, dając im do zrozumienia, iż po przejściu przez dżunglę ci dostaną swój procent. Doszło nawet do zabójstw z tego powodu.

              Kary przewidziano także za pijaństwo, bowiem uniemożliwiało ono walkę. Plany piratów bardzo często nie dochodziły do skutku z powodu alkoholu. I tak np. wyprawa Sawkinsa pragnęła jak najdłużej udawać kupców, aby nie ostrzec Hiszpanów w Acapulco, gdzie znajdował się Galeon Manilski. Jednak w jednym z miast piraci po pijanemu ujawnili kim są, podpalając przy okazji kilka domów. Załoga zaś kapitana Davida, przez 2 dni usiłowała zaatakować hiszpański statek. Piraci byli zbyt pijani, aby skutecznie manewrować swoim okrętem i nie udawało im się doprowadzić do abordażu, gdyż przepływali obok burt wroga. Pościg skończył się 3 dnia, kiedy Hiszpanie wpadli na mieliznę.
              Wykonywanie samych kar było różne. Dampier za próbę ucieczki został marunowany przez własnych kompanów na Malajach. Odebrano mu broń palną, aczkolwiek życzliwy dlań członek załogi "zgubił" na plaży siekierę. Przykład Dampiera miał podziałać odstraszająco na innych. Ludzie, którzy napadli na swych towarzyszy, jak opisano w poprzednim odcinku, w tym de Lussana, woleli uciec od kompanii i nie wracać już do niej, wiedząc czego mogliby się spodziewać. Pomimo tego co zrobił John Phillips, nie karano raczej cieśli, ani chirurgów, gdyż byli potrzebni.
               Pirackie umowy były zatem realizowane rozmaicie. Jedynie od piratów zależało, czy będą przestrzegać ustanowionych przez siebie zasad. Zazwyczaj zwyciężała anarchia i brak karności.